Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 listopada 2013

poznać i zrozumieć - Czajka

Dla jednych będzie to kompletnie niezrozumiałe. Dla innych szalone, obrzydliwe i śmierdzące. Dla mnie to rzecz naturalna, trochę związana z chęcią podnoszenia swojej świadomości ekologicznej i społecznej, po części związana z moja fascynacją do wielkich zakładów przemysłowych i kominów. Mowa o wycieczce do oczyszczalni ścieków.

W Dąbrówce Szlacheckiej na Białołęce znajduje się Oczyszczalnia Ścieków "Czajka", którą w ramach dni otwartych mogli zwiedzać w ten weekend zwykli śmiertelnicy. Żeby znaleźć się wśród nich wystarczyło odpowiedzieć na jedno proste pytanie w konkursie ogłoszonym w internecie (tak, to prawda, "Czajka” produkuje zieloną energię, która wykorzystywana jest na potrzeby oczyszczalni). Uczestnikom wycieczki zapewniony został bezpłatny dojazd i powrót ekologicznym, hybrydowym autobusem.



























Na miejscu na góra 20 osobowe grupy czekał przewodnik-pracownik oczyszczalni, który w trakcie godzinnego spaceru opowiadał o drodze ścieków przez oczyszczalnię i zapoznawał słuchaczy z ciekawostkami (żeby nie powiedzieć smaczkami) pracy w tym Zakładzie. Już na wstępie dementuję plotki - to nie była śmierdząca wycieczka. Na terenie "Czajki" praktycznie nie czuć zapachów, bo przed procesem dezodoryzacji ścieków po prostu na powierzchni nie ma. Dopiero pozbawione zapachu i osadów, tłuszczy, zanieczyszczeń włóknistych i innych zawiesin wypływają na powierzchnię, by w wielkich komorach poddać się biologicznemu natarciu. W procesie oczyszczania uzyskiwany jest biogaz, który następnie wykorzystywany jest do spalania osadów ściekowych w Stacji Termicznej Utylizacji. Przy okazji wszystko się błyszczy nierdzewną stalą i naszpikowane jest supertechnologią.

Wycieczka nosiła znamiona edukacyjnej. Nie tylko poznałam nowe słowo "skratki" (zanieczyszczenia stałe wydobyte ze ścieków za pomocą specjalnych kratek hakowo-taśmowych), każdy uczestnik wycieczki otrzymał rolkę papieru toaletowego wraz z "Poradnikiem użytkownika toalet", który uczy, że "sedes to nie kosz na śmieci":) UWAGA, ważna sprawa przyziemna - największym nieprzyjacielem oczyszczalni są spuszczane w toaletach patyczki do uszu! Nie chcesz mieć zapchanej rury odpływowej, nie wyrzucaj do sedesu także włosów, petów oraz tłustych resztek jedzenia.
 "Czajka" to największa oczyszczalnia ścieków w Polsce. Zaprojektowana w latach 70 ubiegłego wieku, oddana do eksploatacji w 1991 roku, miano największej i najnowocześniejszej otrzymała po zakończeniu rozbudowy w 2012 roku. Od tego czasu połyka ścieki z całej prawobrzeżnej  i 70% lewobrzeżnej Warszawy. To olbrzymie obciążenie! Ścieki wpływające do "Czajki" wypływają z niej do Wisły, jest więc to bardzo ważna dla naszego środowiska inwestycja.



środa, 9 października 2013

zaufać cyfryzacji z NFZ

Urlop zbliża się wielkimi krokami, najwyższy czas pomyśleć o formalnościach. Jedną z nich jest wyrobienie Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego. Przydać się pewnie nie przyda, ale do ubezpieczeń podchodzę jak do talizmanów. Gdy tylko uruchamiam ubezpieczenie i zaczynam opłacać składkę rozpoczyna się magia, dzięki której ubezpieczenie nie przydaje się wcale. Tak było, gdy po długim pobycie w szpitalu ktoś mi podpowiedział, że powinnam skorzystać z ubezpieczenia, na mocy którego w razie hospitalizacji trwającej dłużej niż 4 dni wypłaca mi określoną sumę za każdy kolejny dzień mordęgi w szpitalu. Podpisałam papiery  - zniknął problem przebywania w szpitalu. Czar ten zadziałał również, gdy ubezpieczyłam swojego pierwszego smartfona. Moja Nokia okazała się niezniszczalna. Nikt jej też nie chciał ukraść. Ani zalać. Nawet gdy spadła z 4 piętra pozostała cała. 

Dziś daję wiarę informacjom zawartym na stronie NFZ. Według wytycznych wypełniam aktywny wniosek o wydanie karty EKUZ, drukuję, podpisuję, skanują, odsyłam na podany na stronie mazowieckiego oddziału NFZ adres mailowy. Trzymam kciuki za powodzenie akcji. Według zapewnień NFZ wniosek złożony za pośrednictwem skrzynki mailowej powinien być rozpatrzony w przeciągu 3 dni.

Jeżeli osoba wnioskująca o wydanie EKUZ lub osoba przez nią upoważniona przedstawiła kompletną dokumentację pozwalającą na jednoznaczne ustalenie uprawnienia do otrzymania karty EKUZ, powinna ona zostać wystawiona w dniu osobistego złożenia wniosku lub w okresie do 3 dni roboczych od dnia wpływu wniosku drogą pocztową, faksem lub w formie elektronicznej do oddziału wojewódzkiego NFZ, chyba że osoba wnioskująca wskazała inny termin odbioru EKUZ. Niemniej jednak, jeżeli wniosek o wydanie karty EKUZ został złożony za pośrednictwem poczty elektronicznej, oddział wojewódzki NFZ w ciągu 3 dni od dnia dostarczenia wiadomości na skrzynkę pocztową oddziału ma obowiązek odesłać odpowiedni komunikat z informacją o sposobie rozpatrzenia wniosku. (link do FAQ)

Jak to wygląda w praktyce?

Po wysłaniu wiadomości z załączonym wnioskiem otrzymuję odpowiedź zwrotną:

Dziękujemy za przesłanie wiadomości do Działu Obsługi Świadczeniobiorców.

Jeśli przesłali Państwo wniosek o wydanie Europejskiej Karty Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ) prosimy o zgłoszenie się po odbiór karty za 5 dni roboczych w oddziale przy ul. Chałubińskiego 8 lub we  wskazanej  przez Państwa delegaturze. Po wybraniu we wniosku  opcji „Pocztą na adres” karta zostanie wysłana pod wskazany adres.

Prosimy o upewnienie się czy załączony wniosek został prawidłowo wypełniony i podpisany. W przypadku wątpliwości prosimy o kontakt pod nr tel. (22) 572 63 73.

Przy osobistym odbiorze karty zachęcamy do  pobrania loginu i hasła dostępu do Zintegrowanego Informatora Pacjenta – portalu, w którym znajdziecie Państwo wszystkie dane dotyczące leczenie w ramach ubezpieczenia w NFZ. Więcej na ten temat na stronie zip.nfz.gov.pl

Jeśli  skierowali Państwo do nas pytanie bądź wniosek w innej sprawie, skontaktujemy się z Państwem telefonicznie lub pisemnie.

A pod podanym numerem telefonu nikt się nie zgłasza...

poniedziałek, 7 października 2013

wyskokowa niedziela

Tak mi się wszystko pięknie poukładało, że 9 rocznicę przybycia do Warszawy miałam okazję świętować na dachu dwudziestopiętrowego budynku mieszkalnego. Wspiąć się na szczyt było bardzo trudno. Przymocowane do ściany szczeble wiodące na dach czasami zostawały po prostu w rękach. Żeby się tam wdrapać trzeba było pokonać przede wszystkim strach przed upadkiem z drabiny. Trudy wędrówki wynagradzał niesamowity widok na panoramę Warszawy.



Ale po co to wszystko?
Dla skoków!
Z 20 piętra na ziemię.






A wszystko to za sprawą zorganizowanego w ramach obchodów 10-lecia Spółdzielni Mieszkaniowej "Potok Górny" pokazu skoków w układzie Dream Jump. Ewolucje w trakcie spadania wykonywały załogi Centrum Sportów Ekstremalnych 2Wieże, Stowarzyszenie Zero Grawitacji i Jolie Adrénaline. 


Pogoda dopisała. Między blokami zorganizowano piknik. Zgromadzeni na dole lokatorzy bawili doskonale się zadzierając głowy do góry by obserwować kolejne skoki  śmiałków. Z moim kruchym kręgosłupem nie odważyłam się. Ale jeśli kogoś kręcą takie tematy może udać się na Dwie Wieże, z których można wykonać taki skok. Miłośnicy mocnych wrażeń i uderzenia adrenaliny nie powinni być zawiedzeni.

Mnie pozostał podziw dla śmiałków i piękne widoki.


I choć zarzekłam się, że jak już zejdę z dachu to nań nie wejdę z powrotem nie mogłam sobie odmówić jeszcze jednej wieczornej wspinaczki na ten nietypowy punkt widokowy. Na górze zaś jeden tylko widok przykuwał moją uwagę. Żerań!




piątek, 4 października 2013

o zrozumieniu dla życia bez glutenu

O wczorajszej uczcie bezglutenowej niewiele jeszcze mogę powiedzieć (względy marketingowe). Wrażenia są jednak baaaardzo pozytywne. Spotkanie osób, które z różnych powodów tak jak ja unikają glutenu było bardzo budujące. W końcu nikt nie pytał ze zdziwieniem czemu nie chudnę skoro jestem już tak długo na diecie. I co to w ogóle za wymysły, żeby mąki nie jeść! "Przecież od tego nie umrzesz." Dzięki uprzejmości właścicieli jednej z warszawskich pizzerii grono bezglutenowców mogło się w końcu spotkać, poznać, wymienić spostrzeżeniami i adresami (nie tylko miejsc wartych odwiedzenia) oraz  poszydzić z tych, którzy nie rozumieją:) (Bo gluten nie zrozumie bezglutenowca.) No i jeszcze była ta cudowna możliwość skubnięcia z talerza osoby siedzącej obok innej pizzy, bez obaw że mąka, że niezdrowo, że brzuch. Bo wszystkie, jakie tylko chcieliśmy były GF!























Zapeszać nie chcę, ale po cichu liczę na to, że projekty omówione na spotkaniu wypalą i to w formie pięknych fajerwerków. Póki co trzymamy kciuki i czekamy.

poniedziałek, 29 lipca 2013

takasytuacja

Mieszkanie już niemal skończone. Brakuje listew przypodłogowych i żaluzji, ale przecież to nic w porównaniu z tym, co było jeszcze półtora miesiąca temu w tym miejscu. Można rzec emocjonalna i sentymentalna "dziura w ziemi", nie to co teraz. Od wczoraj mam nawet zdefiniowanego sąsiada. Z krwi, kości i w zasadzie tyle, bo facet przeraźliwie jest chudy. Niemniej zawsze chciałam mieć sąsiada, takiego, o którym śpiewają Alibabki.

Nie zaczęło się niewinnie. Któregoś dnia na klatce wyczułam zapach skręta. Powtórzyło się to kilka razy, co ośmieliło mnie do napisania sąsiadowi liściku. Sąsiad list znalazł w niedzielę rano na swej wycieraczce, przeczytał, uśmiał się, a że los tak chciał wychodząc do sklepu wpadł na mnie na klatce. Chudy, łysy, chyba gej - takie było moje pierwsze skojarzenie. Spoko, może być wesoło. Do naszej dwójki stojącej na klatce i umawiającej się na przejęcie niepotrzebnych mi mebli dołączył jeszcze jeden koleżka (moje wątpliwości co do orientacji obu się rozwiały, wyglądali razem tak słodko) i tak razem ugadaliśmy się na wieczorne sąsiedzkie odwiedziny.

Niestety, sąsiadowi wystarczyło zaledwie 10 minut by zacząć niekończący się lament o nieszczęśliwej miłości a także lepką i brudną historię uwikłań międzyludzkich. Kolejne kieliszki wina wzmagały tylko jego smutek i wyciskały łzy. Jasne, sama jestem sobie winna, ale skąd biedna mogłam wiedzieć, że akurat tego dnia eksbojfrend i kochanek zarazem go oleje, przyszły kochanek zmaltretuje psychicznie a życie w przeszłości (łącznie z wikarym na parafii pewnej turystycznej miejscowości) dadzą mocno po dupie?

niedziela, 19 maja 2013

nocą

Noc Muzeów wykorzystuję zwykle do zwiedzenia miejsc, które w dni powszednie dla zwiedzających i ciekawskich są zamknięte. W zeszłym roku była to Komenda Stołeczna Policji, w tym zaś Sejm i Senat. O ile w Pałacu Mostowskich policja pokazała niewiele więcej ponad korytarze i Muzeum Policji (fanom znane z Pitbulla) o tyle na Wiejskiej widać było, że ktoś zadbał o szczegóły.

począwszy od pięknie przystrzyżonych trawników oraz szczegółowych opisów...

...po podkład muzyczny.

Dla mnie największą frajdą był fakt, że poszłam tam w dresie ;)


Największym i to pozytywnym zaskoczeniem była zaś postawa PiSu. Szacun za dystans. 

środa, 27 marca 2013

koszmar piecykowy

Dawno o piecyku gazowym nie pisałam, co niestety nie oznacza, że nie było z nim problemów. Były i to cała kawalkada.
Gdy tylko nastały mrozy piec znów zaczął wariować. Kąpiel przy uchylonych drzwiach łazienkowych i oknie w kuchni, która przylega do łazienki stały się normą. Podobnie katar i ból głowy. Czujnik czadu  piszczał przynajmniej raz w tygodniu. Im zimniej było na dworze tym częściej przerywałyśmy prysznic z tego powodu. Od spółdzielni zażądałyśmy przeglądu kominiarskiego. Kominiarze przyszli i uznali, że wszystko jest ok. Sytuacja powtarzała się, więc ponownie interweniowałyśmy u właściciela i w spółdzielni. Kominiarze przyszli ponownie. Tym razem zauważyli, że rura znad pieca nie przytwierdzona jest do dziury w ścianie, gdzie znajduje się przewód wentylacyjny. Umocowali ją taśmą klejącą (sic!). I zalecili kąpiel przy otwartym oknie.

Powróciły mrozy sytuacja powtórzyła się. Tym razem piec zaczął też strzelać fochy i bywało, że się nie zapalał. Musiałyśmy ratować się myjąc włosy w wodzie ugotowanej w czajniku i garnku. Płacąc niemałe pieniądze za wynajem nie ma się zbyt dużej tolerancji na takie sprawy. Spółdzielnia przysłała do nas innych kominiarzy. Tym razem wydawali się bardziej fachowi. Weszli na dach, przeczyścili przewody i sprawdzili tymi swoimi wiatraczkami ciągi. Wyszło na to, że gdy drzwi łazienkowe są zamknięte ciągu w przewodzie, który odprowadza spaliny i czad nie ma wcale. Gdy uchyli się te drzwi niewiele to pomaga. Gdy rozszczelni okno w kuchni także. Dopiero przy uchylonym oknie coś tam rusza. Zalecili korzystanie z piecyka z uchylonym oknem w kuchni i otwartymi drzwiami do łazienki.
Zdałam raport właścicielowi. Wściekł się. Nie dowierzał. Ale obiecał, że zapłacimy mniej za mieszkanie za okres niedogodności.

I tu się zarzyna jakaś absurdalna sytuacja. Właściciel umawia nas na spotkanie z osiedlowym złotym rączką (nie uzgadniając z nami terminu). Złota rączka przychodzi i wciska nam kit, że czujnik czadu to byle co nikomu niepotrzebne, przeprowadza test mający chyba dowieść, że wszystko sobie wymyślamy. Zdejmuje rurę łączącą piecyk z przewodem, odpala ciepłą wodę, zamyka nas w łazience i czeka aż... No właśnie... Aż piec zgaśnie? Zaczadzi nas? Zawyje czujnik? Czujnik jak na złość milczy za to piec się wyłączył. Fachowiec zadowolony orzeka, że nic nam nie grozi. Poprawia jakiś przewód w piecu i nara. Otwórzcie sobie przed kąpielą okno na chwilę w kuchni, przewietrzcie i będzie grać. Piszę maila do właściciela z pytanie o to ile mamy odjąć od opłaty za mieszkanie. W odpowiedzi czytam, że udało się wyjaśnić przyczynę, że dał mój numer jakiemuś gazownikowi, który ma nas odwiedzić jeszcze dziś. I najlepsze: "Co do okien, to chodziloi o przekrecanie klamek na 1/4 aby była wentylacja w mieszkaniu." I ani słowa o obniżce czynszu.

Nic mnie tak nie wkurza, jak to gdy ktoś robi ze mnie wariatkę.
Ale spoko. Przyszedł gazownik. Wyszło na nasze. Jest co naprawiać, jest dużo uchybień. Czujnik czadu niezbędny.

Ręce mi opadają.
Czuję wielką złość na właściciela.
Mam tego miłego mieszkania serdecznie dość.


niedziela, 10 marca 2013

Mleczarnia Jerozolimska

Niedziela w mieszkaniu poststudenckim. Samemu trzeba posprzątać, uprać, wyprasować. Trzeba  też zorganizować jedzenie i rozrywki. Dziś zatęskniłam za domowym, polskim obiadem. Gdzie taki znaleźć? Tylko w barze mlecznym!


Wizyta w barze mlecznym na Żelaznej na duży plus. Tanio, duży wybór (gdybym tylko mogła jeść gluten...), smacznie. Aktualnie mają promocję - wszystkie dania 50%. Nie wiem jak to długo potrwa ale już czuję, że to będzie lokal, który będę odwiedzać w drodze z pracy.

Otwarte pon - pt: 9-20, sob. - niedz. 12-18, ul. Sienna 83, wejście od Żelaznej, lokal przystosowany dla osób niepełnosprawnych. 

środa, 20 lutego 2013

za czym kolejka ta stoi??


O Bezpłatnym Dostępie do Internetu dowiedziałam się latem 2012 roku od kuzyna. Ponieważ w Warszawie znajduje się jedyny w Polsce punkt odbioru kart Aero2 prosił mnie bym załatwiła taką kartę dla niego. Okazało się, że punkt leży przecznicę od mojego mieszkania, więc bez wahania zgodziłam się na jego prośbę. Wtedy jeszcze nie wiedziałam...Choć w mediach o tym cicho, reklam też zdaje się nie ma zbyt wiele, punkt odbioru kart Aero2 jest oblegany.



Co gorsza godziny otwarcia punktu (10-17) pokrywają się z godzinami pracy, aby się tam wybrać należy wziąć urlop lub być bezrobotnym/uczniem na wagarach/studentem... Sama robiłam już 4 podejścia do tego interesu. A, że bywam zabiegana i nie lubię bezproduktywnie czekać w kolejkach, zwykle po 30 minutach odpuszczałam sobie.

Zastanawiam się czy interes wart jest tego stania. Ktoś korzystał już z tego systemu? Z opisów brzmi dobrze.

Celem Spółki jest zapewnienie mieszkańcom Polski dostępu do szerokopasmowego, mobilnego Internetu, w oparciu o bezprzewodową sieć telekomunikacyjną opartą na technologii HSPA+ 900 oraz LTE 2500TDD. Rozwój sieci szerokopasmowego mobilnego Internetu, możliwy jest dzięki posiadanym przez Spółkę częstotliwościom radiowym. Aero2 realizuje zaawansowany proces budowy sieci w technologii Evolved HSPA (HSPA+) na terenie całej Polski. Zastosowane rozwiązanie (HSPA+) zapewnia mobilny dostęp do szybkiego Internetu (...). Spółka Aero2 będzie udostępniała Bezpłatny Dostęp do Internetu (BDI) w paśmie 900MHz do 21 grudnia 2016 r. (http://www.aero2.pl/)

piątek, 15 lutego 2013

pomysł na Walentynki


Walentynki kojarzą mi się z amerykańskim randkowaniem. Ciągle mam wrażenie, że tu w Polsce nie randkujemy tak jak pokazują to nam w "Przyjaciołach" czy innej "New Girl". Nie mniej wzorce są. A według nich czeka nas kolacja przy świecach, na której czarujemy partnera inteligencją, dowcipem jedząc niczym wróbelek, najlepiej sałatkę, spacer do domu w wygodnych szpilkach, pocałunek pod drzwiami i ewentualne "może wejdziesz na kawę?" około 23 godziny. (Wiadomo, czemu taka kawa służy i że pobudzi nas do przedłużenia wieczoru o kilka aktywnych godzin). 


Wbrew tym regułom wczoraj najadłam się po brzegi upragnionego mięsa (w Barn Burger kotlety są z gumy, niestety, ale zalane piwem dają cudowne uczucie pełni). Na  spacerze po ścisłym centrum, odkryłam że remontowana na Próżnej kamienica została ukończona i teraz świeci blaskiem w oczy dziadostwu z naprzeciwka. W niepozornej bramie wciąż klęczy, umęczony już zapewne bardzo, Hitler. Mam wrażenie, że gdyby klęczał w epicentrum nędzy i odprapania, robiłby większą karierę.




Późnym wieczorem zdążyłam jeszcze odwiedziłam Prochownię Żoliborz, gdzie wyświetlano "Wściekłe psy" Tarnatino. Dawno nie oglądałam tego filmu i już zapomniałam jak jest on dobry (zwłaszcza na poziomie intrygi i szczegółu). I choć nie skończyły się sakramentalnym "Wejdziesz na kawę?" to były udane Walentynki ;)


poniedziałek, 21 stycznia 2013

karboksyhemoglobina


Temat czadu zdominował moje życie i bloga. Chyba zaczynam tracić zmysły, co by nawet pasowało do długodystansowego podtruwania czadem. Toteż w googlach szukam podpowiedzi czym grozi "trucie długodystansowe":
Bywa i tak, że długotrwałe podtruwanie tlenkiem węgla daje efekty łudząco podobne do wielu znanych chorób. Szczególnie umysłowych. W przeszłości owocowało to nawet… dziełami sztuki. Wielu badaczy uważa, że słynne opowiadanie Allana Edgara Poe „Zagłada domu Usherów” opisuje także zatrucie autora czadem w domu oświetlanym gazowymi lampami (dzieło ukazało się w roku 1839). Poe opisał w nim, sięgając do własnych wspomnień, przeszło 30 symptomów typowych dla podtrucia czadem. Mogą to być omamy, kłopoty z koncentracją i snem. Wiele z nich przypomina jednak pospolite choroby – np. grypę. Dlatego może zdarzyć się i dziś, że osoba podtruta czadem nie zostanie prawidłowo zdiagnozowana przez lekarza pierwszego kontaktu. (http://www.straz-slubice.pl/poradniki_czad.html)
Moja paranoja oraz poczucie niemocy wobec ignorancji i spychologii stosowanej przez kominiarzy i administrację budynku, zaprowadziła mnie dziś do Szpitala Wolskiego. Liczyłam, że zrobię tam badania na obecność tlenku węgla we krwi, skoro żadne ze znanych mi laboratoriów diagnostycznych nie wykonuje tych badań prywatnie. Wiecie, tak na wszelki wypadek, sprawdzę czy kłopoty ze snem i koncentracją to stres, czy może coś gorszego.
Wybierając się do nieznanego mi placówki czułam się trochę jak reporter Uwagi na tropie sensacji. Z tym jednak wyjątkiem, że próbowałam zapobiec tragedii we własnym domu. Gdy dotarłam na miejsce i przedstawiłam na Izbie Przyjęć mój problem, choć spotkałam się z pełnym zrozumieniem personelu, nie zostałam przyjęta.  Odesłali mnie do innego szpitala. Tym razem na Pradze, gdzie znajduje się toksykologia. Wyszłam na dziedziniec szpitala. Głęboko odetchnęłam. Pozwoliłam płucom cieszyć się tlenem. I wróciłam do domu. 
Jutro uderzę na Pragę. Tymczasem czas na kąpiel przy otwartym oknie. Normalnie poczytałabym w wannie. Być może nawet byłby to Poe...  

sobota, 19 stycznia 2013

czadowo

Rewelacja. Niedawno wyszedł od nas serwisant Junkersa. Naprawił piecyk, ale też nieźle nastraszył. W raporcie napisał:

1) Brak pełnego odbioru spalin. Z urządzenia nie należy korzystać do chwili wydania pozytywnej opinii przez uprawniony zakład kominiarski.
2) Korzystanie grozi zatruciem.
3) Źle zamontowana rura odprowadzająca spaliny.
I wyjaśnił, że zamiast wywiewać wentylacja wwiewała do środka wraz z zimnym powietrzem czad. Najprawdopodobniej od momentu uszczelnienia okien pod koniec grudnia byłyśmy podtruwane tlenkiem węgla.

Najpierw jeden "fachowiec" od piecyków twierdził, że z piecykiem wszystko jest ok i to na pewno baterie tylko trzeba wymienić. Zarówno w piecyku jak i czujniku czadu. "Bo wie pani, jak baterie trzeba wymienić to ten czujnik piszczy, to pani piszczy" próbował ze mnie zrobić debila. Kiedy jego rada wymiany baterii nie skończyła naszych problemów zaczął odwlekać przyjazd.

To co mnie najbardziej wkurza,  to fakt, że w "międzyczasie" odwiedził nas kominiarz, który uznał, że wentylacja jest sprawna. Tymczasem nie jest. Czad...




wtorek, 15 stycznia 2013

bezglutenowe słodkości

Costa by Coffeeheaven wprowadziła do swojego asortymentu bezglutenowe ciasteczka w stylu brownie. Ciasteczko dostępne przy kasie kosztuje 6,50, co raczej nie odbiega od normy ciasteczkowej w tego typu kawiarniach.



Bezglutenowe przekąski można znaleźć też w sklepach spożywczych Marks & Spencer. Niestety, są one zwykle dużo droższe niż od tych samych produktów w wersji z glutenem. Coraz częściej półki z bezglutenowym jedzeniem pojawiają się w supermarketach, ale tam niestety słodkości ograniczają się do paluszków, krakersów i wafli. Nic wyszukanego. Znacie inne miejsca, które oferują klientom specjalne bezglutenowe przekąski? 

wtorek, 8 stycznia 2013

boca boca w Boca Burger

Rok 2012 w świecie polskich kulinarnych trendów okazał się między innymi rokiem burgerów. Długo miałam opory przed spróbowaniem tej kulinarnej specjalności, ponieważ danie zawiera pyszną, pełnoglutenową bułkę (której, tak trudno się czasem oprzeć). Niemniej postanowiłam spróbować.


Na burgera wybrałam się z koleżanką do jednej z kilku powstałych w ubiegłym roku w Warszawie burgerowni. Wybrałyśmy Boca Burgers na Oboźnej 9. Wnętrze lokalu przypomina znane nam z filmów amerykańskie burger bary z lat 50. Brakuje tylko boksów ze stolikami i czerwonymi skórzanymi kanapami. Niestety, powierzchnia tego małego lokalu nie pozwala na takie szaleństwa. Jest za to dużo kolorowych krzeseł, może nawet trochę za dużo... Poza tym motyw czarno-białej kratki kojarzącej się z szybkimi wyścigami fajnie koresponduje z ideą lokalu - szybko dostaniemy tu dobre jedzenie, które choć z fast foodem się kojarzy, do końca nim nie jest.

Klientów traktuje się tu po amerykańsku. Obsługa jest bardzo miła i pomocna, chętnie doradzą i podpowiedzą, który burger będzie najlepszą opcją dla nas. Gdy tylko rzuciłam hasło "bezglutenowa", choć na tablicy z menu nie znajduje się taka wersja burgera, zaproponowano mi odpowiednio zmodyfikowane danie.


Wybrałam Burgera BBQ w zestawie, z grillowaną cebulką i boczkiem, koleżanka burgera na ostro z papryczkami  jalapeno. Na dania czekałyśmy nie dłużej niż 10 minut. Ja, zamiast buły dostałam większą porcję warzyw i frytek (bardzo dobrych, grubych frytek) plus fenomenalny i prawdziwy duński sos remoulade (za przypomnienie smaku wakacji spędzanych w Danii wielki plus dla lokalu). Mięsko zamówiłam średnio wysmażone i takie dostałam. Różowiutka w środku wołowina była idealna. Całością najada się człowiek do syta.

Reasumując - jeśli właściciel rozwinie pomysł na wprowadzenie na stałe i udoskonalenie menu bezglutenowego może to być to, co bardzo pozytywnie wyróżni miejsce na mapie burgerowych lokali. Dla wszystkożernych to dobre miejsce do zjedzenia dobrej jakości "hambuxa". Polecam.

Boca Burgers, ul. Oboźna 9, Warszawa (tuż przy Teatrze Polskim) Otwarte :pon - sob.: 12:00 - 22:00, niedz.: 14:00 - 20:00. Do lokalu prowadzą schodki od ul. Oboźnej oraz podjazd od ul. K.Karasia, więc można wjechać wózkiem:)

niedziela, 6 stycznia 2013

cichy zabójca

Piszę tego posta tuż przed zaśnięciem. Żywa i zadowolona, choć także trochę przerażona. Wieczorem, gdy moja współlokatorka Ula brała prysznic czujnik czadu zaczął przeraźliwie wyć. 

Muszę przyznać, że mało czego się tak boję jak gazu. Boje się źle zakręconych kurków w kuchenkach gazowych. Czasem gdy poczuję gaz miewam wizję wybuchu, bo biegnąc zakręcić gaz, gdy zapalam światło w kuchni dochodzi do spięcia i nie udaje mi się "oszukać przeznaczenia". Od niedawna też boję się czadu, przeraża mnie wizja wynoszenia nagiego, martwego ciała z wanny...


kąpiel

Z dzieciństwa pamiętam, że nie lubiłam jeździć w odwiedziny do babci, która w mieszkaniu łazience nad wanną miała piecyk gazowy. Dla mnie, małej dziewczynki z lasu, był on potwornym urządzeniem z miejskiego piekła rodem. Buchał niebieskim ogniem i pstrykał na mniegdy chciałam umyć ręce. Przez długie lata wynajmowania mieszkań, czy to w Koszalinie, czy Warszawie, udawało mi się unikać junkersów. Dopiero w zeszłym roku zmieniłam mieszkanie na takie z wodą ogrzewaną gazem. Ten przeklęty piecyk to największa wada tego mieszkania. Dlatego, gdy tylko zamieszkałam takich warunkach, od razu odsłoniłam kratkę wentylacyjną w łazience (poprzedni lokatorzy albo zastawili na swoich następców śmiertelną pułapkę albo mieli mniej wyobraźni ode mnie) i załadowałam baterię do czujnika czadu. Dziś czujnik zadziałał, a my, trzy baby w mieszkaniu, nie do końca wiedziałyśmy co robić. Oczywiście, pierwszym odruchem było wyciągnięcie Uli z łazienki i otworzenie okien. Ale co dalej, mili Państwo? Google łatwo nie podpowiada. Straż Pożarna, choć informuje jak uniknąć zagrożenia, nie podpowiada co zrobić, gdy czujka wszczęła alarm ale nikt nie zasłabł. Czad ulatniał się chwilę, czujnik pokazał 440 ppm, co dopiero po dwugodzinnym wdychaniu daje takie objawy jak ból głowy, nudności, osłabienie mięśni, apatia. Speca od piecyka i tak miałyśmy umówionego na sobotę. Mam nadzieję, że do tego czasu nie dosięgnie nas cichy zabójca. Tymczasem uchylamy okna, wietrzymy, wietrzymy i jeszcze raz wietrzymy. Dobranoc. Do jutra.